2010 będzie rokiem Facebooka w Polsce. Już teraz nie ma praktycznie klienta, który by nas nie prosił o akcję w tej społeczności. Dlaczego? Facebook ma gigantyczny przyrost użytkowników z Polski (już 1 354 653 użytkowników wg czerwcego megapanelu, w ubiegłym roku o tej samej porze nie był nawet w 20 najpopularniejszych serwisów społecznościowych!), jest dla reklamodawców niemal darmowy (!) i jest świetny wizerunkowo. Facebook jest trendy. Na Facebooku być po prostu wypada. Blogerzy blipują/twittują, cała reszta gra w Mafia Wars, Farmville i wypełnia w pocie czoła przeróżne quizy.
Jedna wielka impreza
CNN mówi o Facebooku, że, czy tego chcemy, czy nie, to jak wielka impreza ze wszystkimi naszymi przyjaciółmi, rodziną, znajomymi i współpracownikami (20 annoying Facebook Updaters). Trudno się nie zgodzić.
Jeszcze nie tak dawno moja tablica na Facebooku była praktycznie martwa. Ot, ktoś na jakiś czas się wypowiedział (mam grono stale spamujących znajomych). Teraz przez moją tablicę płynie rzeka wiadomości, musiałabym zaglądać średnio co godzinę, by móc przeczytać wszystkie. Znajomi informują o tym, co robią, przesyłają linki do filmików z Youtube'a i artykułów, powiadamiają o swoich wynikach w quizach („czy lubię seks z trupami?", „za ile lat umrę?", „jaka jestem w łóżku?"), sukcesach w mafii, zbiorach, traktorach i adoptowanych owcach, o tym, co znaleźli w puszce Pandory, aktualnych wpisach w swoich blogach. Jeśli dodam do tego reklamowe profile osobowe (BTW: niezgodne z regulaminem Facebooka!) i strony brandowe (te już całkiem legalne), które dorzucają mi swoje 3 grosze na ścianę, staje się to nie do ogarnięcia. Ale cóż, taki urok tej społeczności. Żadna inna nie jest tak rozrywkowa i barwna, tak nastawiona na ciągłą interakcję ze wszystkimi i wszystkim.
Reklama niemal darmowa
Prócz niewątpliwych korzyści wizerunkowych, tym, co najbardziej przyciąga komercyjne przedsięwzięcia na Facebook, jest bardzo niski koszt działań. Wystarczy zaangażowany i „oblatany" w społecznościach człowiek i już jesteśmy online. Za stronę brandową (fan page) lub grupę nie płaci się nic (to praktycznie jedyna taka społeczność! w innych słono trzeba zabulić za profil lub inną aktywność sponsorowaną). Oczywiście sama z siebie strona się nie rozpromuje, trzeba zaprosić fanów, a zgodnie z regulaminem możemy to zrobić tylko za pomocą prawdziwego profilu osobowego - czyli administratora lub kogoś, kto już jest fanem strony. Jeśli temat jest super-nośny i wirusowo idealny (np. śmierć Michaela Jacksona na Facebooku „ograna" do granic niemożliwości), strony bądź grupy będą rosły błyskawicznie. Jednak zazwyczaj nie mamy takich tematów i trzeba nieźle się napocić, by znaleźć fanów lub członków grupy. Facebook pomaga „łapać" chętnych za pomocą reklam kontekstowych. Nie są zbyt drogie, a są dość skuteczne (pod warunkiem oczywiście, że są ciekawie przygotowane). Ale czasem nawet to nie pomoże.
Co można jeszcze zrobić? Niezłym sposobem są ciekawe reklamowe aplikacje, tu kosztowy koszty działań są nieco wyższe, ale powinno się opłacić - dobra aplikacja będzie się roznosić metodą wirusową i pomagać w budowaniu zasięgu. Nie zaszkodzi również przygotować kilka nowych testów lub quizów, jeśli się spodobają, będą sobie długo krążyć po serwisie. Nie należy zapominać o wydarzeniach (pod warunkiem, że wydarzenie jest rzeczywiste a nie tylko „dodam nowe zdjęcie w galerii").
Zawartość to podstawa
Strona lub grupa musi też być aktywna - trzeba zadbać o stały dopływ ciekawych wiadomości, zdjęć, filmów i koniecznie aktywnie nawiązywać interakcję z obecnymi na niej fanami (aktywnie nie znaczy hiperaktywnie! jeśli zaspamujemy naszych fanów, szybko się od nas „wypiszą", nikt nie chce mieć tablicy zawalonej reklamowym przekazem, nawet najciekawszym).
Wspólny „język" z użytkownikami strony można znaleźć albo decydując się na naprawdę unikalne i interesujące grupę informacje (działania długofalowe), albo na znalezienie „common ground" najszerszego jak się da, czyli wpisy typu „już piątek, koniec pracy!" (działania o szybkim efekcie).
A gdy to wszystko nie przynosi rezultatów? Trzeba się zastanowić, czy temat jest nośny, zrewidować zawartość strony i pomyśleć, czy my byśmy chcieli być fanem takiej strony? Czy nas by zainteresował dany temat? To podstawowy błąd przypuszczać, że ludzi zaciekawi coś, co nas nie specjalnie wciąga. Zwłaszcza materiał przeznaczony na zabawne czy kontrowersyjne działania wirusowe warto przetestować na znajomych, którzy szczerze powinni powiedzieć, co o tym sądzą. Czasem po kilku godzinach agencyjnej burzy mózgów dostajemy głupawki nad wydawać by się mogło prześmiesznymi rzeczami, które na trzeźwo okazują się znacznie mniej zabawne...
A co, jeśli nie Facebook?
Wbrew temu, czego byśmy sobie życzyli, NIE KAŻDY PRODUKT NADAJE SIĘ NA FACEBOOK. Nie warto robić strony czy grupy, jeśli temat nie ma szans na powodzenie. Może lepiej poszukać innej społeczności, nawet jeśli kosztowo próg wejścia będzie większy? Ostatecznie wydane pieniądze mogą się zwrócić znacznie szybciej i skuteczniej. A może w ogóle społeczności nie są dla nas? Bywa i tak i nie ma co się tym przejmować, lepiej zainwestować pieniądze np. w dobrze zaplanowaną reklamę kontekstową.
Bo tak naprawdę, nie każdy musi być na Facebooku :)
2012-01-15 01:36:18 Felt so hopeless looking for asnwers to my questions...until now. napisał:
Felt so hopeless looking for asnwers to my questions...until now.